Ekonomik na spektaklu „Wiśniowy sad” w Teatrze Nowym w Poznaniu

Dnia 20 listopada 2019 r. grupa uczniów pod wezwaniem „Melpomeny” odwiedziła Teatr Nowy w Poznaniu. Tym razem wybraliśmy się na dramat Antoniego Czechowa ,,Wiśniowy sad”. Mimo, że krytyka nigdy nie poradziła sobie z jego interpretacją, my byliśmy zachwyceni. Dlaczego? Oto kilka przyczyn.

 

Pisarz odsłonił nieopisywalną, niewygodną prawdę o rzeczywistości, zbudowaną na piętrzących się paradoksach. Niewiele tu wątków, więc nic nie powinno się plątać jak pajęcza nić, a przecież niejeden widz gubi się w gąszczu relacji między bohaterami, relacji nasyconych silnymi i często sprzecznymi emocjami. Postaci u Czechowa same dla siebie są zagadkami – skazane na upływ czasu, na bycie-w-świecie i zmaganie się z nim bez pomocy ironii, bez rozbudowanej, życiowej filozofii.

Kim jest Lubow Raniewska – bohaterka „Wiśniowego sadu” – kobieta, która wraca do rodzinnego majątku po latach, łudząc się, że zegar tu stoi w miejscu i wciąż wskazuje czas spokoju i beztroski? Czy ktokolwiek rozumie ją w tym domu, dawniej radosnym i ciepłym, otoczonym kwitnącymi, białymi drzewami jak murem? Czy jej pragnienie ocalenia wiśniowego sadu, któremu grozi licytacja, raczej wzrusza czy irytuje Gajewa, Anię i Warię?  Lubow, rozchwiana emocjonalnie, zarazem denerwująco egzaltowana i w niezwykłym stopniu samoświadoma to kobieta, która nie jest zdolna do podjęcia żadnej decyzji – i doskonale o tym wie. Poddaje się więc temu, co nadchodzi, zawsze niepewnie i zawsze odrzucając myśl o jutrze. Przeszłość, która nie chce wrócić Cywińska i jej zespół świetnie rozumieją Czechowa. Rozumieją to, co u niego najtrudniejsze: niepewność siebie jako bohatera dramatu życia – tego życia, które przynosi całkiem zwyczajne, niewyszukane problemy. W inscenizacji Wiśniowego sadu publiczność znajdzie wszystko, na co można liczyć u Czechowa: wielkie emocje, zawsze z największym trudem utrzymywane na wodzy i nieustannie powściągane, z wyczuciem zarysowane, złożone relacje między bohaterami (zwłaszcza bohaterkami – Anią, Warią i Lubow) i nieuleczalną obsesję upływającego czasu. Tę ostatnią w świetny sposób zaakcentowano scenografią, która była – a to prawdziwa rzadkość – zarazem poetycka i funkcjonalna. Przywołując obrazy przemijania – okna, przywiędły bluszcz, kamienie nagrobków, odwoływała się do tradycyjnych, melancholijnych emblematów.

Niemoc odejścia od tego, co już minęło, wyrażały też bardzo wymowne dialogi, w mistrzowski sposób przepełnione wątpliwościami, wahaniem, milczeniem, upartym poszukiwaniem czegoś, co mogłoby być takie samo jak dawniej. Kiedy Lubow (zachwycająca w tej roli Antonina Choroszy) wita brata, mówiąc mu, że się nie zmienił, czuć, że w jej słowach więcej jest życzenia niż prawdy. Leonid zresztą (kolejna świetna kreacja – Tadeusza Drzewieckiego) reaguje na słowa siostry zmieszaniem. Przecież to nieprawda – utyka, bywa zrzędliwy, a niekiedy śmiesznie sentymentalny. Nic dziwnego – czas mija. Dlatego spotkanie Raniewskiej z Firstem, starym sługą, który w trochę straszny, a trochę zabawny sposób traci kontakt z rzeczywistością, jest w Wiśniowym sadzie tak tragiczne. Jakeś ty się postarzał, First – mówi Lubow i w jej słowach brzmi rozpacz. Wśród rekwizytów przemijania szczególną rolę pełnią dawne zabawki znalezione przez Lubow w pokoju „wciąż jeszcze zwanym dziecinnym”. Scena, w której Raniewska otwiera starą szafę i wyjmuje z niej czepek i lalkę aż zapiera dech w piersiach. Światło, sączące się przez uchylone drzwi, jest jak wtrącenie się jasnej, radosnej przeszłości w niepewne dziś: oto lalka nierówno stawia kroki na scenie, a bohaterowie nieruchomieją z bezradnymi uśmiechami na twarzach. W podziwie zastyga też publiczność. Ten niezwykły moment podzielenia przez postaci na scenie i publiczność tego samego oczarowania trwa tylko moment – i powrót do rzeczywistości dla wszystkich jest tym dotkliwszy. Śmiech przez łzy i łzy przez śmiech

Ale Czechow to nie tylko melancholia – w „Wiśniowym sadzie” nie brakuje przecież wątków zabawnych albo groteskowych (śmiech brzmi tu niespodziewanie, a przecież jest tak naturalny). I o nich Cywińska i jej zespół nie zapomnieli. Śmiech wzbudza zwłaszcza podszyty poczuciem wyższości konflikt między Leonidem a Jaszą, któremu Gajew wciąż zwraca uwagę, że śmierdzi kurą. Humorystyczne są także prośby o pieniądze, kierowane do Raniewskiej przez zadłużonego Piszczyka (Lubow pozostaje rozrzutna jakby na przekór sytuacji finansowej rodziny i na przekór logice). Ale śmiech u Czechowa łatwo przeradza się w płacz. To, co nawet początkowo bawi, jest sygnałem czegoś trudnego i przerażającego: niemocy zmiany, braku pogodzenia się przez bohaterów z odejściem starego porządku. Najbardziej ciekawa ze scen groteskowych jest scena tańca, który poprzedza sprzedaż sadu. Bohaterowie, po raz ostatni rozrzutni, urządzają zabawę, do której przygrywa żydowska orkiestra.

Aktorzy w maskach zwierząt poruszają się sztywno w takt muzyki (wielkie brawa dla Jerzego Satanowskiego) i somnambulicznym tańcem przypieczętowują swój los. Ich bierność i zabobonne niemal przywiązanie do sadu jest obce tylko dwóm bohaterom – Ani (w tej roli bardzo emocjonalna i podkreślająca dziecinność swojej bohaterki Anna Mierzwa) i Trofimowowi.

Dzięki inscenizacji Cywińskiej i cudownej grze aktorskiej  „Wiśniowy sad” zakwitł…w naszych umysłach i sercach – Uczniów Ekonomika.

Opiekunowie – Joanna Fałdzińska, Jolanta Górecka, Urszula Szymczak -Czarcińska